Konsultant
Powyższe miało pokazać złożoność problemu wycen aktywów niematerialnych w polskim obszarze gospodarczym, pozbawionym jeszcze, póki co adekwatnie długoterminowej historii, a zatem także reprezentatywnych tradycji. Ale tu pojawia się kolejny czynnik budzący wątpliwości. W Polsce można odnieść wrażenie, że termin „transakcja” bezwiednie jest utożsamiany z procesem wyceny. Z kolei termin „wycena” bezwiednie jest utożsamiany z podaniem jakiejś liczby wyrażonej w jednostkach pieniężnych. I tylko tyle.
Tymczasem nawet w kraju tak reprezentatywnym jak Stany Zjednoczone (czy w ogóle szerzej – Ameryka Północna) wypracowane zostały zasady, przeczące powyższemu. To się nazywa dywersyfikacją ryzyka transakcyjnego. W przypadku transakcji związanej z przeniesieniem praw własności do aktywów zawsze istnieje ryzyko, że jedna ze stron tej transakcji okaże się po niedługim nawet okresie czasu wyraźnie stratna. Aby temu zapobiec, uznano za zasadne podważenie sensu przejmowania wielu aktywów na własność, w tym niematerialnych. To właśnie licencjonowanie stało się efektywnym narzędziem dywersyfikacji ryzyka.
Np. w przypadku marek, patentów i wielu innych rodzajów aktywów niematerialnych nie ma w istocie znaczenia, kto jest właścicielem praw do tych aktywów, ale wyłącznie, kto ich używa w obrocie gospodarczym. Przeciętny nabywca produktu lub usługi markowej raczej nie zaprząta sobie głowy tym, kto jest prawnym właścicielem znaków towarowych czy technologii. Nawet nie interesuje go, czy dany znak towarowy w rzeczywistości podlega pełnej prawnej ochronie z tytułu rejestracji praw własności do niego na danym obszarze gospodarczym, czy też nie. Liczą się dla niego cechy użytkowe produktu i jego cena zakupu oraz oficjalny kanał dystrybucyjny, zapobiegający możliwości, iż nabywa podróbkę markowego produktu.
I znów, w Polsce ta prawidłowość przebijała się wciągu ostatnich 30 lat z dużym trudem i opornie. Osobiście stykałem się z tym zwłaszcza w obszarze innowacji (procesy tzw. komercjalizacji wiedzy). Bodaj po dziś dzień organizacje pośredniczące w dystrybucji dotacji i grantów „zmuszają” obdarowanych funduszami rozwojowymi do końcowej wyceny uzyskanych efektów programów badawczych w postaci patentów lub technologii nieopatentowanych (know-how). Mało tego, ma to być z założenia wartość „rynkowa”. Czyli wedle tej konwencji należy przyjąć, że na wynalazki będące z założenia innowacyjnymi (tzn. nie mającymi odpowiedników w gospodarce) istnieje jakiś „rynek” …
Najczęściej prowadzi to do fikcji uprawianej przez tzw. firmy konsultingowe, według której można z góry przyjąć, że rozwiązanie zakończy się sukcesem i wynalazek zakupiony przez biznes pokryje jakąś „ustaloną na papierze” część segmentu branżowego, w ramach którego mógłby funkcjonować w postaci produktów lub usług. No ale przecież doktryna ekonomiczna mówi, że wycenić da się wszystko.
Już na ewidentnie niepoważne zakrawają przetargi rozpisywane przez uczelnie wyższe na wyceny ich wyników prac badawczych, w ramach których należy m.in.:
- zdiagnozować możliwości realnej implementacji wynalazku w gospodarce (czyli ustalić ramy konkurencyjne w segmentach jego hipotetycznych zastosowań);
- wykazać pola realnych zastosowań wynalazku i ustalić konkretną ścieżkę komercjalizacji;
- dokonać wyceny wartości „rynkowej” wynalazku i do tego metodami w rodzaju dochodowej i porównawczej (sic! potencjał czegoś, co istnieje wyłącznie na papierze, ma być „porównywany” z rekordami w bazach danych i do tego w przeważającej ilości pochodzącymi z Ameryki Północnej).
I to wszystko w ciągu co najwyżej miesiąca … No i oczywiście jedyne kryterium kwalifikacji przetargowej to cena usługi (sic!). Aha, i jeszcze jeden „kwiatek” – na samym początku taka uczelnia rozsyła zapytanie wstępne, w którym prosi o odniesienie się do sugerowanej ceny jednostkowej przy wycenie kilkunastu projektów, które w momencie deklaracji cenowej potencjalnego usługodawcy znane są jedynie z tytułu (sic!), bez jakichkolwiek bliższych szczegółów merytorycznych. Już to dosyć dobitnie pokazuje, jak niepoważną rolę pełnią te procedury. W końcu chodzi o „papier”, a nie o wiedzę…
Trzeba mieć minimalną chociażby wyobraźnię, aby stwierdzić, że powyższe w poważnym podejściu to badania docelowego rynku obliczone na wiele miesięcy i kosztujące nie kilka czy kilkanaście, ale kilkaset tysięcy złotych. Z czego wynika, że cała ta procedura stanowi jakby rodzaj umownie poważnej, mającej na celu tak naprawdę nie realną komercjalizację wynalazków, ale co najwyżej rozliczenie projektu badawczego, do czego obligują grantobiorców warunki udziału w konkursach dotacyjnych. Tyle i tylko tyle…
Andrzej Półkoszek
Konsultant ekonomiczno-finansowy. Praktyk w zakresie wyceny przedsiębiorstw oraz ich aktywów niematerialnych. Entuzjasta modelowania zachodnich procedur analitycznych na rynku polskim, z poszanowaniem jego specyfiki.
Strona www stworzona w kreatorze WebWave.
tel. +48 732 241 400
e-mail: andrzej@polkoszek-konsulting.com
e-mail: andrzej@polkoszek.com
e-mail: info@polkoszek.com
szyfrowany e-mail: polkoszek@protonmail.com
szyfrowany komunikator: Proton Meet
Konsultant ekonomiczno-finansowy